środa, 4 grudnia 2013

Jak przez motel docieraliśmy do Rosity

Niedzielne poranki zazwyczaj ściskamy w naszych pięściach, ciesząc się z wolnego dnia, kiedy możemy nadrobić braki w goleniu się, sprzątaniu, spaniu lub wygrzewaniu na słońcu. Tym razem jednak, korzystając z zaproszenia sry Rosity, postanowiliśmy wybrać się w odwiedziny do niej. Zważywszy na fakt, że trochę już tych kilometrów w Ekwadorze przemierzyliśmy, podróż ta zapowiadała się na leniwie krótką i bez większych przygód. Wystarczyło bowiem przejechać się kilka kilometrów na pobliską wieś i wysiąść przy “Białej Bramie”, jak tajemniczo  oznajmiła Rosita. Ok, co to dla takich zuchów jak my. 


Śmiało wpakowaliśmy nasze giętkie ciała do autobusu i wyruszyliśmy. A że siedziało się wygodnie, przyjemny chłodek głaskał twarz, a nam gadka kleiła się jak ryż do dzieci, to przy spokojnym podziwianiu krajobrazu, naznaczonym błogim uśmiechem, nagle odkryliśmy, że znaleźliśmy się w miasteczku Puebloviejo! Czyli ładnych kilkanaście kilometrów za naszym punktem docelowym. No to niezła kabała, jakby to powiedziała moja babcia. Zamiast jednak analizować, szybko musiało przyjść otrzeźwienie, złapaliśmy więc za torby i wyskoczyliśmy gdzieś w plener tej nieznanej dla nas miejscowości. Nieśmiałe spojrzenia rzucane wokół zamieniliśmy po chwili na rozmówkę z miejscowymi, którzy wskazali nam pobliski dworzec  – czyli zwykły chodnik bez żadnego oznaczenia, za to z twarzowymi blachami sterczącymi wokół. Niby prosta sprawa, cofnąć się trochę w stronę Ventanas, ale powstał problem – nikt z tutejszych nie kojarzy  żadnej „Białej Bramy”, co zresztą Rosita przyjmuje z wielkim zaskoczeniem. Okazuje się jednak, że przy jej domu jest jeszcze jeden charakterystyczny punkt... Motele w Ekwadorze pełnią trochę inną rolę niż zazwyczaj w Europie. Tu, pod tą nazwą, kryją się miejsca, gdzie można wynająć pokój na godzinę i pofiglować z kimś chętnym lub nawet spotkać tam kilka pań, oferujących swoje usługi. I, jak na złość, właśnie taki motel miał stanąć na naszej drodze ku obiadowi u Rosy. A na drodze naszego posiłku nie wolno stawać, oj nie... Pakujemy się do autobusu i oznajmiamy, że chcemy, by nas wysadzić przy motelu. Kierowca gdyby mógł spaść z siedzenia, to pewnie, by tak się stało, ale utrzymał powagę i odpowiedział, że da się zrobić. Część pasażerów, która to jednak usłyszała, zrobiła wielkie oczy i wodziła za nami zbulwersowanymi lub radosnymi spojrzeniami. Trzech białych, jedna kobieta i do motelu? To łobuzy z zagranicy, tylko im jedno w głowie! A my biedni, tylko głodni przecież ... W trakcie jazdy dopadła nas jeszcze wyszczekana babeczka, która najpierw bezpardonowo wypchała mnie do siedzenia, bo uznała, że przeszkadzam jej w sprzedawaniu lizaków, a później głośno wyrażała zdanie, że w ich kraju trzeba gadać po hiszpańsku, a nie tylko po angielsku. Rzecz jasna, każdy nas bierze za Amerykanów i nieważne, że nie odezwałem się wtedy w żadnym języku. Później już, kiedy próbowała wcisnąć nam swój towar, poinformowaliśmy ją, że mówimy i rozumiemy po hiszpańsku, co sprawiło, że chyba zrobiło jej się głupio, tak przynajmniej wynikało z rzucanych ukradkowo spojrzeń wyrażających szok oraz mina w kształcie litery Z. Tymczasem kierowca zawiózł nas tuż przed motel, a my, w glorii chwały, wyszliśmy na spotkanie Rosicie, celowo jednak, widząc, że wszyscy wypatrują czy faktycznie idziemy do motelu, skręciliśmy w stronę “przybytku rozkoszy”. Miny Ekwadorczyków warte były tego, oj warte! A niech sobie zresztą myślą!
A obiad był pycha.
Aaaa – „Biała Brama” okazała się szarą bramką odgradzającą chodnik od wejścia do plantacji bananów

Pablo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz