środa, 2 października 2013

Życie we wspólnocie

San José to mała wioska w Andach. I jak to w małych wioskach bywa, wszyscy się znają, bo albo są spokrewnieni, albo po prostu mieszkają blisko siebie. To powoduje, że żyje się tu jak w jednej wielkiej rodzinie. 


Miałam okazję zobaczyć sposób pracy na polu tutejszych mieszkańców. W tej części And końcem września zaczyna się ekwadorska wiosna - nieznacznie zmienia się klimat, kwitną drzewa owocowe, krajobraz pięknieje. W tym czasie nadchodzi też pora wysiewu na polach. Rodzina ładuje na camionetę (małą ciężarówkę) drewniane brony, worki kukurydzy oraz nasiona innych warzyw i roślin. Oprócz tego zabiera się również sprzęt i produkty do przygotowania posiłku - wodę no i obowiązkowo CUY – czyli świnkę morską (zabitą, wypatroszoną, przygotowaną do pieczenia). Rodzina na pace tej camionety udaje się na pole, które często znajduje się za przysłowiowymi „siedmioma górami, siedmioma dolinami, siedmioma zakrętami, …”. 
Również właściciele sąsiednich łąk i pól schodzą się, aby pomóc przy wysiewie. Użyczają nie tylko swoich rąk do pracy, ale również zwierząt, przy pomocy których orają pole (nieraz położone na stromym zboczu, więc praca ta jest dodatkowo utrudniona górskimi warunkami). Na tym samym poletku sieje się kukurydzę, fasolę różnego rodzaju, ziemniaki – wedle uznania. A w tym czasie gospodyni wraz z kilkoma kobietami przygotowują posiłek. Na tę okazję rodzina, u której byłam, zabiła specjalnie barana, aby jak najlepiej ugościć wszystkich członków rodziny i znajomych pracujących przy wysiewie i odwdzięczyć się za pomoc.


Przyglądając się ich pracy zauważyć można było, że każdy starał się wykonać pracę jak najlepiej, mimo, iż to pole nie było własnością większości z tych ludzi (w „cywilizowanym świecie” nieraz słyszy się, że jak nie moje, to po co mam się starać, żeby ktoś miał się lepiej ???!!!). No ale właśnie, życie w jednej małej, górskiej wiosce wymaga od mieszkańców wzajemnego wspierania się. Chyba każdy tutaj jest tego świadomy, że jak będzie w porządku, to inni też odpłacą mu tą samą miarą. Tutaj weryfikuje się to bardzo szybko, przecież parę dni później ci sami ludzie przyjdą pomóc na polu innej rodziny. A źle i niedokładnie wykonana praca na roli przynosi marne plony, tym samym uniemożliwi to wyżywienie rodziny przez kolejny rok.
Na pole zabierane są również dzieci (w domu w tym czasie nie ma nikogo, kto mógłby się nimi opiekować). One od najmłodszych lat przyglądają się pracy, zwyczajom i wzajemnym relacjom dorosłych. Często poza okolice swojej i następnej wioski nie wyjeżdżają. Nie ma więc się czemu dziwić, że tu, w San José, wiele dzieci patrzy jeszcze na świat  przez „różowe okulary”. Pewnego razu odrabiając zadanie z matematyki z Marcelo chciałam zmobilizować go do nauki mówiąc, że jeśli nie będzie sprawnie umiał dodawać i mnożyć, to w przyszłości z łatwością ktoś go może oszukać nawet w sklepie przy zakupach. On na to: „przecież jak mogliby mnie oszukać? Zawsze wydają zgodne. Przyjaciół się nie oszukuje!” No tak - sobie pomyślałam - on przez całe swoje dotychczasowe życie kupował tylko u znajomych z wioski. 
Taki właśnie ma urok życie we wspólnocie jaką jest San José.

                                                                                      Magdalena M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz