wtorek, 22 października 2013

Armageddon

Za 4 dni mija 1 rocznica mojego pobytu w San José de Raranga i pracy z tutejszymi dziećmi. I tu postawię wielokropek.......................

Wsi spokojna, wsi wesoła? Wolne żarty...
Dzień zapowiada się spokojnie, we wsi trwa velorio czyli nocne przedpogrzebowe modlitwy przy zmarłej osobie (tradycją jest, że spotykają się wtedy WSZYSCY mieszkańcy wioski). Ludzie zbierają się już późnym popołudniem, więc pomyślałam sobie, że i dzieci przyjdzie mniej, może będzie spokojniej niż zwykle... Może... Człowiek, nawet dorosły, potrafi być jednak bardzo naiwny...

Dzieci kochają stoły... :)

Od 16.00 schodzą się nastolatki, wspólnie robimy maski na zbliżającą się fiestę, nic jednak nie zwiastuje katastrofy. Ze starszymi dziećmi pracuje się dobrze - słyszą co się do nich mówi, i co ważniejsze, SŁUCHAJĄ. 

16.30 - przychodzą maluszki, daję im kartki, kredki i po raz 1001 powtarzam, że WSZYSTKIE rysunki niezależnie od stopnia artyzmu lądują u mnie (dzieci mają tu manię zabierania czystego papieru do domu, chowania pod ubranie, po czym proszenia o kolejne albo wyrzucania nieudanych arcydzieł do kosza, częściej na ziemię lub za szafę). Jak już zobaczę te dzieła mogą zabrać je do domu, aby pokazać rodzicom. I po raz 1001 dostaję JEDEN rysunek zwrotny, co zresztą trudno nazwać rysunkiem - kilka różowych kresek. No ale może to ja nie znam się na sztuce. Następnie wszystkie dzieci cichaczem uciekają ze swoimi kartkami do domu i już nie wracają. Stopień mojego zdenerwowania wysoki, ale jeszcze trzymam nerwy na wodzy. 
 
Dopóki nie staniecie się jak dzieci... ;)

17.00 - przychodzi Jenny odrobić zadanie z angielskiego. Jenny to bardzo ułożona dziewczynka, z tzw. "normalnej" rodziny, kulturalna, zawsze się wita, żegna, dobrze się uczy. Zadanie pomaga robić jej Magda. Jenny jednak, jak nigdy, a może wyczuła ten "katastroficzny dzień" postanowiła dołączyć do reszty ekipy małpiego gaju i... biega w zabłoconych kaloszach po stołach gdzie odrabia się zadania...
No nie mogę się wprost napatrzeć...


17.20 - do akcji wkracza mój ulubieniec. Manuel to dziecko dość nadpobudliwe, ale zazwyczaj można go ujarzmić. Jednak dziś jak na "katastroficzny dzień" przystało, nie udało się... Niepostrzeżenie wdrapuje się jedną nogą na parapet i chcąc sprawdzić moją reakcję mówi: "Patrz Inés, będę latał, chcesz popatrzeć?" (salki zajęciowe mamy na piętrze). No jasne, czemu by nie... I biegiem do okna, bo tu z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Jak już zdjęłam młodego z okna to zauważam, że cały parapet zabrudzony od butów młodego. Nie jest to jednak przeciętny brud - to krowie łajno w najobrzydliwszym wydaniu. Jak nie każe mu tego wycierać... Młody trochę spokorniał i wytarł łajenko... własną rączką rzecz jasna, a potem... wytarł to wszystko do ściany... No bo przecież kazałam mu tylko parapet posprzątać, nie mówiłam, że ścian nie można brudzić... I tu mi się cierpliwość kończy...

18.00 - młodzież dalej robi maski na fiestę, a jeden Juanito (13 lat) rysuje. I nie tylko rysuje... Tym razem na kradzieży przyborów plastycznych łapię właśnie jego, choć każdego dnia któreś dziecko zabierze coś do domu. Na nic codzienne tłumaczenia, że przybory służą wszystkim dzieciom i NIE WOLNO ich zabierać ze sobą. Za to podczas zajęć mogą z nich korzystać do woli. Jak mawia moja koleżanka Magda mój "lewy kąt oka" dostrzeże wiele, oj wiele, czasem nawet zbyt wiele. Wyluka coś, czego czasem nawet wolałabym nie zauważyć, bo dzieci kradną namiętnie... 

I tak już prawie 365 dni... Powoli człowiek zaczyna się zastanawiać czy cały rok pracy z tymi dziećmi przyniósł jakiś efekt? Codzienne tłumaczenia, dawanie dobrego przykładu, wspólne odrabianie zadań, zajęcia plastyczne, muzyczne... kosmiczne... czy to przyniosło jakikolwiek skutek? Oto jest pytanie, zwłaszcza po takim dniu jak dzisiaj...

                                                                                 Agnieszka (Inés)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz