piątek, 20 września 2013

O krasnalach, które nie pozwalają "zestarzeć się" w spokoju

Dobra, podzielę się tym z wami. Na pewno zrozumiecie w czym rzecz, inaczej bym tego nie robił. Człowiek za dwa tygodnie kończy 26 lat, a to od dawna sprawia, że staje się coraz bardziej przerażony tą liczbą. Nie, żeby od razu potrzeba mu było chodziku, gumowej kaczki i zestawu tabletek na pobudzenie pamięci, ale w świadomości niepodzielnie rządzi teraz pogląd, że COŚ się skończyło.

Fundacyjne klauny, czyli Magda i Pablo;)
Świat postrzegam już inaczej, wzbogacony, ale i jednocześnie okradziony, przez multum doznań, które wielokrotnie wystawiały mnie na przeróżne próby. Dojrzałość sprawia, że wszelkie szaleństwa, którymi kiedyś z pasją wzbogacałem swoje życie, teraz są jakby bardziej bezpieczne, zachowawczo zaplanowane lub zwyczajnie jest ich mniej. Walczę z tym jak tylko mogę, bo to żaden powód do winszowania, lecz wiem, iż ta potyczka skazana jest na klęskę. Wiele rozbija się tu o kwestię innego przetwarzania informacji niż za czasów, kiedy wszystko było dużo prostsze. Cóż, wynik elementów składowych dojrzewania - bez dwóch zdań proces nie do zatrzymania. Coraz częściej łapię się na tym, że z sentymentalnym westchnieniem wspominam samego siebie z lat nastoletnich. Wiem, wiem, pisze to gościu, który z dnia na dzień rzucił pracę, nieskończone dodatkowe studia, wiele zobowiązań i wyruszył na drugi koniec świata, by pomagać dzieciom. Skumajcie jednak, ja całym sobą wiem, że to wszystko jest już inne i sądzę, że każdy z was to doskonale rozumie, bo sam to przeżywał. Wcale nie sugeruję, że to gorsze, ale chyba nikt nie lubi tego momentu, gdy zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego własne ja przechodzi tak drastyczną metamorfozę - bez pytania o zgodę. Nawet jeżeli oznacza to wejście w nowy, życiowy etap. Obecnie czuję się tak jakby niebo nade mną, z roku na rok, stawało się coraz bardziej przysłonięte przez gigantycznie wieżowce. Nie żebym się żalił, bo wiem, że będąc dużo starszym, można zachować wiele ze swojej młodzieńczości, cieszyć się nią zawsze i wierzę, że będę należał do tych szczęśliwców, lecz wiem, że pewne rzeczy już nigdy się nie zdarzą. Piszę o tym wszystkim, gdyż odkryłem, iż Ekwador sprawia, że rosną moje szanse na bezterminowe uratowanie dziecka we mnie. A ratują mnie ... dzieci właśnie! Wcześniej nie spodziewałem się, że przyjdą jeszcze czasy, kiedy każdego dnia będę bez przerwy szczerzył się do maluchów, robił co chwilę głupie miny, skakał między stołami, udawał, że uciekam przed przerażającymi typkami mającymi metr wzrostu lub udawał robota czy potwora, który chce je zjeść. A one, zachwycone i szczerze wdzięczne, pchać się będą w moje ramiona, bym je przytulił lub wzniósł w powietrze, bo przecież jestem taaaaakiii duuużżżyyy. I gdzie, ja się pytam gdzie, tu miejsce na powagę, która powinna już pomału charakteryzować gościa w moim wieku? Zamiast więc koncentrować całą swoją uwagę nad myślami podobnymi do tych, które naświetliłem powyżej, przebieram się w fundacji za klauna i przez dwie godziny robię z siebie totalnego wariata, wywołując szaloną radość wśród dzieci. I wiecie co? Faajnie jeeest;) Nawet wtedy, gdy siedzę nad ryżem i próbuję w spokoju zjeść obiad, a tu napada mnie rodzina Flores wraz z Gabrysią, udając, że ich palce to łaskoczące igły, którymi chcą mnie pokłuć, bym śmiał się do rozpuku. Z jedzenia nici (wyraz pasujący do "igły", nie?), za to zabawy aż nadmiar:)  I kto ich tego nauczył? No zgadnijcie ... 
Czasami zastanawiam się czy to ja jestem bardziej potrzebny tym dzieciakom czy one mnie;)
                                                                                                    Pablo

1 komentarz:

  1. Już od godziny siedzę i przeglądam cały ten blog i wiecie co? Wywołaliście na mojej twarzy szczery uśmiech :) Momentami łzy spływały mi ciurkiem po twarzy, ze wzruszenia, współczucia, przez wszystkie te emocje kumulujące się w moim sercu. Podziwiam was i mam nadzieję, że kiedyś też zrobię coś tak dobrego, bezinteresownego, dla tego świata

    OdpowiedzUsuń