niedziela, 9 czerwca 2013

Nie ma dzieci - są ludzie

Jak sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa, z ogromnym politowaniem przysłuchiwałam się rozmowom dorosłych, zazwyczaj rodziców, debatującym nad rozmaitymi sprawami. Wtedy te dorosłe dywagacje wydawały mi się zupełnie głupie, niepotrzebne, wręcz proste i błahe. Ich problemy były dla mnie, jako dziecka, banałem, a rozwiązania nasuwały mi się same. Często wtedy informowałam rodziców o mych spostrzeżeniach i ewentualnych "radach", a oni z uśmiechem, a może i też z politowaniem mówili: "Jesteś dzieckiem, nie rozumiesz, jak dorośniesz przyznasz nam rację". W takich momentach myślałam sobie, że dorośli muszą być strasznie głupi, skoro tak mówią, dlatego nie spieszyło mi się zbytnio do dorosłości. 




Bardziej skomplikowanie natomiast postrzegałam sprawy dziecięce, np. to, że moja sąsiadka-rówieśnica ma już rower górski, a ja tylko "składaka" z wczesnej komunii, ewentualnie BMX-a po starszej siostrze. Ten przynajmniej był rowerem sportowym! Cacuszko! Albo to, że jak będziemy się bawić w złodziei i detektywów, to nie znajdziemy wroga! To były problemy! Sprawy prakniecznie nierozwiązywalne! Problemy najprawdziwsze z prawdziwych! Problemy poważne! Swoją drogą, o zawodzie detektywa marzyłam od urodzenia do drugiej klasy liceum. Zawsze wiedziałam co, kto, gdzie i w jakim celu - ot, takie długoletnie i niezwykle przydatne hobby!:)
Nikt mnie jednak nigdy nie ograniczał w zabawach, myśleniu, postrzeganiu świata. Miałam, jak wiele dzieci z mojego otoczenia, prawo do absurdalnych pomysłów, często małomądrych zabaw, do własnego dziecięcego świata, który wtedy był światem najlepszym z najlepszych! 
Tu, gdzie teraz jestem - w małej wioseczce wysoko w Andach - dzieci mają trochę mniej szczęścia. Choć są jeszcze dziećmi, to bardzo szybko muszą wkroczyć w świat dorosłych obowiązków, smutnych historii, świat małodziecięcy. Świat, który trwale defermuje ich postawy, zachowania, a w konsekwencji też przyszłe życie. Dlatego tu jesteśmy - aby pokazać tym młodym ludziom trochę inny świat, trochę lepszy, beztroski, w którym, mimo, iż są dziećmi, znajdzie się odrobina miejsca na dziecięce szaleństwo, zabawę i fantazję! 
Tak w dużym skrócie - prawo do bycia po prostu DZIECKIEM.


5-letnia Soledad - czarodziejka, iluzjonistka, prawie alchemistka

"Dziecko ma prawo nie wiedzieć, nie pamiętać, ulec sugestiom uprzednich rozmów i własnych refleksji, ma prawo [niekiedy] świadomie kłamać"

Klei jej się do rączek dosłownie wszystko, zwłaszcza niewielkie przedmioty, które z łatwością można ukryć i schować do torebeczki, magicznej torebeczki bez dna. Z przyborów plastycznych fundacji poznikały już wszystkie gumki, temperówki i sporo małych kredek świecowych. W tajemniczych okolicznościach podczas zabawy we fryzjera zniknęła też spinka do włosów wolontariuszki Magdy. Magia! 

"Dzieci nie będą dopiero, ale są już ludźmi, tak, ludźmi są, a nie lalkami: można przemówić do ich rozumu, odpowiedzą nam, przemówmy do serca, odczują nas"

Na pytanie kto zabrał spinkę, oczywiście nie było odpowiedzi, a właściwie była jedna - cisza. I choć wszyscy, łącznie z innymi dziećmi, wiedzieli, kto podkrada rzeczy z Fundacji, nikt się nie zgłosił, ani nie "podkablował". W końcu zła fama nie jest mile widziana!

"Dziecko ma własne, ciche smutki, troski i zawody, ma swój świat samotny. Dziecko mniej wie, mniej doznało, a więc silniej czuje"

I wtedy Magda zaczęła udawać, że płacze i jest jej strasznie przykro. Cóż to był za lament! Starsze dzieci wyczuły podstęp, ale jedyna z najmłodszych obecna wtedy Soledad naprawdę się przejęła. Nagle Soledad obwieściła, że "znalazła" zaginiony przedmiot, przypięty do źdźbeł trawy. Znowu magia! Ale to dobry znak, że dzieci mają sumienia i dobre serducha, że można do ich serc przemówić. Nieraz trochę zaniedbane przez biedę i chęć zdobycia czegokolwiek za wszelką cenę, bo nigdy tego nie miały, nie próbowały, nie poczuły. Takie małe pchełki, które na szczęście jeszcze można prostować. Bo są dziećmi.


16-letnia Carmen - zdolna niewolniczka 

"Dziecko zostało uznane za człowieka, za istotę, z którą trzeba się liczyć, której nie wolno wieść na smyczy, lecz należy kierować nią umiejętnie, z rozwagą, wysiłkiem umysłu, uczucia i woli"

Dziewczynki i kobiety często chodzą w szalach, ale nie z powodu niskiej temperatury. Zasłaniają twarze pełne sińców i zadrapań, bo akurat tacie (nie wiem czy to adekwatny wyraz) nie spodobało się, że córka się uczy i odrabia zadanie domowe. 



16-letnia Carmen jest zdolna, ma ambicje! Kiedy inne dzieci uczestniczą w zajęciach rekreacyjnych - ona rozwiązuje ćwiczenia z funkcji liniowych pracując jednocześnie w sklepie swoich rodziców. Po skończeniu szkoły średniej chce studiować matematykę! I ma na to duże szanse, gdyby nie jedna przeszkoda - własny ojciec. W obawie przed wyjazdem córki z wioski, zabronił jej opuszczania położonego wysoko w górach San Jose de Raranga. Czy ktoś może uwierzyć, że ta dziewczyna przez 16 lat nie była nigdzie poza miejscem swojego zamieszkania? Nigdy nie pojechała nawet do Cuenca (duże miasto, na 3. miejscu w Ekwadorze pod względem liczby ludności), które jest oddalone o 1 godzinę drogi od wioski??? Niewolnictwo to bardzo łagodne określenie...


Trzydzieścioro artystów, lektorów, a może i przyszłych katechetów?

"Nie despotyczny nakaz, narzucone rygory i nieufna kontrola, ale taktowne porozumienie, wiara w doświadczenie, współpraca i współżycie"

Tutaj, wysoko w górach, dzieci do wielu rzeczy się zmusza: np. do ciężkiej pracy w polu, przy zwierzętach, do bezdyskusyjnego posłuszeństwa względem ojca (najczęściej w stanie wysoce wskazującym), do całodziennej opieki nad młodszym, zwykle licznym rodzeństwem. Zapomina się jednak o promowaniu aktywności społecznej wśród młodych ludzi. Należy jedynie zdobyć, aby przetrwać. Nikt tu dzieci nie pyta czego one chcą, co uczyniłoby je szczęśliwszymi, o czym marzą. O marzeniach nie mówi się wcale, albo bardzo rzadko.

"Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział, nie żeby umiał na pamięć, a żeby rozumiał, nie żeby go wszystko troszkę obchodziło, a żeby go coś naprawdę zajmowało"



Koncert dzieci w kościele

Gdy organizowaliśmy w ostatnim czasie koncert fundacyjnej scholi w kościele, zaproponowaliśmy dzieciom także przygotowanie liturgii do poprzedzającej Mszy Św. Kiedy zapytałam kto chce podjąć się czytań oraz zaśpiewania psalmu, zobaczyłam tylko wytrzeszcz młodych 30 par oczu:

- Możemy? Naprawdę możemy?
- Ano możecie, a czemu by nie?
- No bo zawsze starsze panie śpiewają i czytają na Mszy [tutejsza starszyzna, średnia wieku to 70 lat]
- To w niedzielę wy będzieci czytać i śpiewać.
- Hurrraaaa. Ja chcę! Nie, bo ja chcę! A właśnie, że ja będę czytał!

I wszystkie ręce w górze. Myślałam, że będzie problem, aby w ogóle ktoś chciał, a tu proszę, wszyscy! W czym problem? Ano w tym, że NIKT tych dzieci wcześniej nie pytał, nikt im nie zaproponował uczestnictwa. Przyjęło się, że to starsi ludzie mają monopol na aktywność we wspólnocie. Tylko co będzie, kiedy oni umrą? Kto przygotuje młode pokolenie do zastępstwa za nich? Jedna ze starszych dziewczynek nawet nieśmiało napomknęła, że chciałaby kiedyś uczyć religii [w Ekwadorze nie ma religii w szkołach, katechezy prowadzone są przy parafiach, ale nieobowiązkowo]. Wystarczy tylko pozwolić dzieciom mówić, a efekty będą zadziwiające. 

                                                                                            Agnieszka


*Tytuł i cytaty pochodzą z utworów Janusza Korczaka - teoretyka i praktyka wychowania, badacza świata najmłodszych ludzi, prekursora działań na rzecz praw dzieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz