poniedziałek, 13 maja 2013

Indiański wymiar sprawiedliwości, czyli jak radzić sobie ze złodziejami...

Mówi się czasem o Polakach, że kradną... I, że w Polsce na ulicach trzeba uważać na torebki, samochody, a także na to, co się ma cennego w domu. Czasami denerwuje mnie stereotyp, jaki przylgnął do nas – Polaków, ale niestety, nieraz jest to smutna prawda...

A jak jest w Ekwadorze?

Indiański wymiar sprawiedliwości

No właśnie... Wcale nie lepiej. Powiedziałabym wręcz, że czasami gorzej niż w Polsce. 

Na wybrzeżu kradzieże są na porządku dziennym. Idąc przez ulice zawsze trzeba być ostrożnym. I nie tylko po to, aby ktoś nie zwinął nam torebki. Równie dobrze można „oberwać” przy okazji lub po prostu nie przeżyć rabunku. Takie rzeczy zdarzają się nawet tuż obok stojącej na chodniku policji. Złapanie przestępcy jest prawie niemożliwe. Nieraz i policjant boi się o siebie. 
W górach kradzieże również bywają, zwłaszcza w dużych miastach. Trochę inaczej jest już w małych górskich wioskach gdzie mieszkają Indianie.
Pewnego razu poruszyłam temat złodziei ze starszymi Indiańskimi dziećmi, które przychodzą do Fundacji w San José. 

Pytam: - A czy tutaj w wiosce jest dużo złodziei? Boicie się? Czy my jako biali wolontariusze też mamy się czego bać?

Dzieci: - Nie, nie boimy się. Nasza wioska jest mała. Wszyscy są tutaj albo spokrewnieni albo znają się od dziecka. Więc nie ma kradzieży między nami. Kiedyś było wiele przypadków rabunku – przede wszystkim bydła – ale to byli ludzie z innych wiosek lub całkiem przyjezdni. Ale teraz nawet oni już nie kradną...

- Ale jak to? Dlaczego nawet obcy tutaj już nie kradną??? - totalnie byłam zdziwiona.

- No bo starsi z wioski zrobili raz na zawsze z tym porządek i już. Nikt już nie odważy się więcej przyjechać i ograbić mienia całego naszego życia...

- Więc co takiego się stało? - zdziwiona drążę dalej.

- Pewnego razu przyjechało kilku obcych z innej wioski. Zabrali wielu rodzinom z naszej wioski stada krów, dorobek całego życia. Bez tego tutaj ciężko przeżyć. Ale na szczęście złapano jednego z nich na gorącym uczynku (co nie zawsze się udawało wcześniej). Więc poszkodowane rodziny postanowiły wymierzyć mu sprawiedliwość po swojemu. Cała wioska zebrała się na głównym placu. Złodzieja oblano benzyną i po prostu podpalono. Z bólu tak krzyczał i miotał się, że wszystkim to wydarzenie wryło się w pamięć. A wieść o tym rozniosła się po całej tej części gór.


- A to musiało być chyba bardzo dawno temu, pewnie już nikt nie pamięta jak było naprawdę. Nie wiadomo ile w tym prawdy – drążę temat.

- Nieee... Babcia moja wszystko pamięta, to było jakieś 10 lat temu. Ja podobno byłam malutka, ale tego nie pamiętam... - opowiada jedna z nastolatek.

- I co, od tej pory już nikt nie kradnie?

- Raz jeszcze zaraz po tym wydarzeniu chciano zrabować bydło, i znowu złapano. Była to jakaś grupka mężczyzn ale nawet nie z pobliskich wiosek. Gdzieś z bardzo daleka. Podobno jechali samochodem i oglądali pastwiska, gdzie jest dużo krów. A że między wioskami ludzie się znają, zauważyli, że ktoś obcy kręci się przy zwierzętach. A że to było całkiem niedawno, to już niektórzy mieli telefony komórkowe. Jeden drugiemu dał znać i w końcu przyłapano złodziei. Jednego z nich rozebrali do naga, wychłostali pokrzywami, oblewali zimną wodą a na końcu powiązali nogi liną i zaczepili do konia i tak biedak się na boisku po betonie poobdzierał. Wrzeszczał przy tym co niemiara. 
Ale ubłagał litość. Indianie puścili go wolno pod warunkiem, że wraz ze swymi kompanami odda wszystko to, co ukradł. A jeśli nie, to przyjadą Indianie do jego domu i podpalą Jego, całą rodzinę i cały dobytek. Po tym jak go potraktowali wiedział, że nie żartują. Oddał wszystko i już nigdy nie wrócił. 
I znowu po wszystkich wioskach się rozniosło, że jakakolwiek kradzież będzie surowo karana, po Indiańsku. Od tego czasu wioska ma spokój i jest wolna od złodziei.

Naprawdę aż nie chce się wierzyć, że to mogłaby być prawda. Ale cóż, faktycznie nie słychać w wiosce o żadnych kradzieżach. Indianie mają swoje pastwiska czasami trzy wioski dalej, w innej części gór. Zostawiają swoje krowy na noc na swoich pastwiskach, a rankiem są nadal na swoim miejscu. Chyba podziałało... Chociaż sposób rozwiązania sytuacji był niezbyt humanitarny.
Czasem myślę sobie, że przydałoby się i w Polsce zastosować nieraz takie metody. Mógłby ktoś rzec, że prymitywne, ale jakie SKUTECZNE! 

                                                                                             Magdalena M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz