sobota, 20 kwietnia 2013

Amerykosieroctwo

Dostałam ostatnio maila od zaniepokojonej znajomej, która z pomocą wujka Gugla próbowała odnaleźć na mapie San José de Raranga. I odnalazła, tyle, że wielką zieloną plamę i nadziwić się nie mogła, że może tu być internet czy jakiekolwiek inne medium kontaktu ze światem. A jednak, w wiosce funkcjonuje nawet InfoCentro czyli coś w rodzaju bezpłatnej, bo opłacanej przez rząd ekwadorski, kawiarenki internetowej. Jest też płatna, wiecznie oblegana kawiarnia internetowa, której właściciele zapewniają też łącze internetowe w większości prywatnych domów w wioskach ościennych. Jak na wioskę, w której mieszka ok. 2300 osób – całkiem nieźle! A internet – ważna rzecz, zwłaszcza, jeśli ma się rodzinę daleko i bardzo za nią tęskni.

     

Większość dzieci, które przychodzą na zajęcia do Fundacji ma mamę, tatę lub oboje rodziców, tyle, że w Stanach Zjednoczonych. Jedyny kontakt z rodzicami - emigrantami to poczta elektroniczna, w najlepszym wypadku pogawędka przez skype. Niektórzy z podopiecznych nie mają tyle szczęścia i nie znają żadnego adresu rodzicieli, ani domowego, ani elektronicznego. Żal, pretensje, nierzadko złość połączona z ogromną tęsknotą za prawdziwym domem i pełną rodziną, to, niestety, niezbyt dobry start w życie emocjonalne młodych ludzi.

Wychowują ich dziadkowie, najczęściej niewykształceni, analfabeci, nie widzący potrzeby kształcenia również swoich wnuków. Niektóre dzieciaki mają więcej szczęścia i jedno z rodziców w USA. Wtedy też taki rodzic wysyła pieniądze na lepszą szkołę, nowe ubrania, prezenty. Ale są również dzieci skazane tylko na siebie, które muszą ciężko pracować w polu, żeby mieć co jeść, mieszkające kątem u ciotek, kuzynów czy innej dalszej rodziny, nie zawsze zadowolonej z dodatkowego lokatora. W Ekwadorze instytucja domu dziecka praktycznie nie istnieje. Najuboższe dzieci bywają czasem pod opieką różnorodnych organizacji, stowarzyszeń, fundacji, nierzadko zagranicznych lub zgromadzeń zakonnych. Ale jeśli takowe funkcjonują - to jedynie w miastach. W wioskach takich jak San Jose nie ma żadnej pomocy socjalnej ze strony państwa, dzieciaki są zależne od mniej lub bardziej odpowiedzialnych dorosłych. Dlatego też staramy się w Fundacji, aby dzieci z mniejszymi szansami, w większości sierotami po rodzicach – emigrantach mogły choć przez kilka godzin poczuć prawdziwe dzieciństwo, móc się bawić, rozwijać talenty artystyczne, muzyczne, edukacyjne czy po prostu spokojnie odrobić zadanie domowe.

Ich rodzice wyjeżdżają za chlebem, za lepszym życiem, skuszeni utopijna wizją przyszłości w Stanach Zjednoczonych, przyszłości swojej i najbliższych. Nie mówią o tym, bo nielegalny wyjazd zawsze niesie za sobą ryzyko deportacji do kraju. Werbują ich tzw. kojoci, czyli przemytnicy imigrantów, a jednocześnie opiekunowie podczas drogi, zarabiający na handlu ludźmi ogromne pieniądze. Na początek trzeba zapłacić kilka tysięcy dolarów, przy czym nikt nie gwarantuje pomyślnego dotarcia do celu. Kojot tworzy grupę (od kilkunastu do kilkudziesięciu osób) i wyrusza ze swoimi „klientami” w kilkumiesięczną podróż. Przelot z Ekwadoru do Meksyku, następnie przejazd autobusem jak najbliżej granicy amerykańskiej to pierwsze dwa najłatwiejsze etapy drogi. Trzeci, ostatni, to długa piesza wędrówka przez zieloną granicę między Meksykiem, a Stanami Zjednoczonymi. Istnieją miejsca, gdzie granica jest kiepsko strzeżona, najczęściej na terenach wysokogórskich, gdzie ryzyko złapania przez policję jest najmniejsze. Granica jest przekraczana według określonego schematu, ludzie maszerują w dwóch rzędach, z podziałem na kobiety i mężczyzn. Przy wyższych stawkach istnieje możliwość nie tylko przekroczenia granicy z pomocą kojota, ale także doprowadzenie imigranta pod wskazany adres rodziny lub przyjaciół. Idą nie tylko dorośli, ale też dzieci nieprzekraczające 10 roku życia, a nawet matki z maleńkimi dziećmi zawiniętymi w chusty.


Dolores*, 16 lat
Na zajęcia w Fundacji uczęszcza codziennie mimo tego, że jako jedna z nielicznych dojeżdża do szkoły do Cuenca (ok. 1h 10 min. w jedną stronę autobusem).  Od 1. roku życia jest wychowywana przez babcię, która podjęła się opieki nad nią po wyjeździe matki do USA. Córkę w Ekwadorze odwiedziła raz, kiedy ta miała 6 lat. Ojca nie zna wcale, dawno temu wyjechał do Hiszpanii. W sumie ma 9-10 rodzeństwa ze związków obu rodziców (sama dokładnie nie jest pewna), w tym jedną siostrę – najmłodszą – w USA, która mieszka z mamą i jej obecnym partnerem. Mama regularnie przysyła jej pieniądze na opłacenie szkoły, dojazdów, kieszonkowe i drobne prezenty z okazji urodzin czy zdanych egzaminów w szkole. Babcię bardzo kocha, ale babcia to nie mama. Z mamą kontaktuje się często przez internet, ale jak sama mówi, tak naprawdę jej nie zna, jest dla niej obca. Kiedyś chciała tak jak mama wyjechać do USA. Nawet dwa razy, w wieku 8. i 12. lat rodzina próbowała ją nielegalnie wysłać do obiecanego El Dorado, ale się nie udało. Policja dwa razy złapała ją i pozostałych członków grupy, zostali deportowani do kraju. Dziś Dolores mówi, że trzeci raz nielegalnie nie chciałaby jechać do USA, boi się policji, strachu przed złapaniem, ciągłej niepewności. I choć pieniądze ma uzbierane, raczej nie skorzysta z kolejnej okazji do ucieczki. Chce zostać w kraju, zdobyć zawód (chodzi do klasy ze specjalizacją księgową), dobrą pracę, założyć rodzinę. I nie ukrywać się do końca życia, żyć godnie.

Santiago*, 11 lat
Taty nie zna, mama zostawiła go wyjeżdżając do USA jak miał 2-3 lata, dokładnie nie wie. W każdym razie rodzicielki nie pamięta. Mieszka z babcią.
Zdarzyło się, że na jedne z zajęć przyszedł dużo wcześniej niż inne dzieci. Był smutny. Wolontariuszka Magda próbowała go w tym czasie jakoś rozweselić, zaproponowała grę, którą zwykle uwielbiał. Ale nie chciał się bawić. Chłopiec patrzył tylko na nią i powiedział, że tak wyobraża sobie swoja mamę, że jest właśnie w jej wieku. I przytulił się mocno płacząc ukradkiem. Chwilę później przyszli koledzy, więc nie wypadało płakać, do końca zajęć trzymał się dzielnie.

Gabriela*, 12 lat
Jej brat wyruszył nielegalnie do USA w lutym tego roku, jeszcze jest w drodze. Cała rodzina czeka na wieści o szczęśliwym dotarciu do celu.

Rosa*, 10 lat
Mieszka dość daleko, więc często odprowadzam ją po zajęciach do domu. Mamy wtedy czas, żeby chwilę porozmawiać o sprawach, które rzadko się porusza. Mimo młodego wieku Rosa i inne dzieci w jej wieku chętnie rozmawiają na trudne tematy, brakuje im rozmów, które w środowisku rodzinnym najczęściej są tabu. A nielegalna ucieczka za chlebem do Stanów Zjednoczonych właśnie do takich należy.  
Rosa mieszka z mamą i trzema braćmi (17, 15 i 12 lat), jej tata wyjechał do USA cztery lata temu. Bardzo za nim tęskni, bo jako najmłodsza z rodzeństwa była jego oczkiem w głowie. Każdego dnia ma nadzieję, że szybko wróci do domu. Choć kto wie, kiedy te nadzieje zostaną usunięte w niepamięć.

Trudno w to uwierzyć, ale prawie każdy mieszkaniec San José ma kogoś z rodziny w Stanach.
Kojoczy biznes ma się bardzo dobrze. W ubiegły czawartek przed świtem kolejne pięć osób z wioski wyruszyło do USA. Pięciu kolejnych rodziców skazało swoje dzieci na wychowanie zastępcze, które zwykle trwa do ukończenia przez nie pełnoletności. Ilu jeszcze rodziców osieroci swoje dzieci?  

                                                                                                                                                   Agnieszka

*imiona dzieci zostały zmienione

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz