niedziela, 17 lutego 2013

Yo hablo español

Kroczę dumnie po fundacji i zaczepiam dzieci. Nauczyłem się przecież kilku najpotrzebniejszych do przeżycia wyrazów po hiszpańsku i radośnie korzystam z nowych umiejętności.
Klękam, bo nieładnie rozmawiać inaczej z dziećmi, przed jednym z drobiazgów i z wielką satysfakcją mówię:
- Yo soy hombre valiente i guapo. Si? (Jestem odważnym i przystojnym mężczyzną. Tak?)
Dziewczynka nieśmiało się uśmiecha i pewnie w duchu zastanawia się o co chodzi temu gringo, ale grzecznie odpowiada:
- Si. (tak)
Sonrisa!
Wtedy usatysfakcjonowany przemieszczam się dalej i mogę wypróbować kolejne znane mi wyrazy. Nie żebym potrzebował, rzecz jasna, dowodów uznania od dzieci, ale co ja zrobię, że akurat to wyżej wymienione zdanie wbiło mi się w pamięć jako jedne z pierwszych?
Przechodzę obok señory Herrery i rzucam:
- Mucho calor! (bardzo gorąco)
Odchodzę  opromieniony zadowoleniem, choć nie powiedziałem nic odkrywczego - tu jest nieustannie bardzo gorąco i zasadniczo zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Zmartwiona señora już jednak biegnie w stronę wiatraka, by go uruchomić. Wow, moje hiszpańskie słowa to jednak mają gigantyczną moc - momentalnie stwierdzam.
Sunę dalej w rytm muzyki, która energicznie wibruje w mojej głowie. Łapię po drodze Liseth za dłonie i zaczynam z nią tańczyć po sali, nucąc już na głos wymyśloną przed chwilą piosenkę. Inne dzieci mają z tego masę uciechy, a te najodważniejsze zaczynają się domagać, by również je poczarować na parkiecie.
Nie ma problemów, wiecie że Pablo lubi poszaleć!
- Yo soy feliz! (jestem szczęśliwy!) - przekonuję podczas zabawy moją partnerkę, bo nic innego w tej chwili nie pamiętam. To zdanie, zresztą, wykorzystuję także po skonsumowaniu obiadu, wygłaszając je zgromadzonym wokół osobom. Pewnie zastanawiają się jak to możliwe, że trochę ryżu mogło wywołać tak wzniosłe emocje, ale staram się o tym nie myśleć, by nie psuć sobie samemu dobrego nastawienia.
Mały chłopczyk narysował dom. Nie jest to cud architektoniczny na miarę dzieł Gaudiego, ale wyszedł mu naprawdę ładnie. Nawet zresztą gdyby było inaczej, to przecież bym tego nigdy nie powiedział. Stoję obok niego, zadowolonego ze swojego działa, i myślę, że najtrafniej byłoby teraz rzec mu coś miłego. Nic mi jednak nie przychodzi do głowy, a "bueno" jest już trochę nudne, bo ciągle tak mówię. W końcu wpadam na wspaniałą myśl i odrobinę za głośno prawię:
- Tu eres genio! (jesteś geniuszem!)
Oj... spory ciężar gatunkowy tego wyrazu, prawda? Mały jest lekko zaskoczony, ale przyjmuje to i tak całkiem spokojnie. Może i trochę przesadziłem z tym wyznaniem, ale kto wie, może na fali mojego optymizmu uwierzy w to na tyle mocno, że kiedyś usłyszymy o nim, jako o znanym i cenionym architekcie? Z całego serca mu tego życzę.
Lecę jak na skrzydłach do Magdy.
- Tu eres dulce (jesteś słodka)
Patrzy jakoś dziwnie na mnie, bo nie wie co to znaczy, ale uśmiecha się, znaczy sądzi, iż to komplement. I bardzo dobrze! Następnym razem jak powiem coś wrednego, to uśmiechnę się przy tym czule, by myślała, że znów usłyszała komplement - ha! Chyba, że ona wpadnie na to samo, a chyba zna już więcej wyrazów niż ja ...
Lecz wtedy powiem:
- No pasa nada! (nic się nie dzieje!) i sonrisa (uśmiech) zagości na mojej twarzy.
 Ej, nie jest już z tym hiszpańskim tak źle, nie sądzicie?

                                                                                                                                                          Paweł




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz