czwartek, 10 stycznia 2013

Trzy duże pomarańcze na Święto Zmarłych


1 listopada – święto Wszystkich Świętych. Generalnie w kalendarzu święto jest odnotowane, ale w Ekwadorze nie obchodzi się go jakoś szczególnie. W zasadzie w ogóle się go nie obchodzi. Widocznie Ekwadorczycy wychodzą z założenia, że święci dają sobie radę sami i nie potrzebują już naszej uwagi. I generalnie to prawda. 2 listopada – Wszystkich Zmarłych. W kościele obowiązuje porządek Mszy jak w tygodniu.
Ale za to co się dzieje późnym wieczorem i nocą na cmentarzu, cmentarzu przeogromnym, który w Ventanas jest tylko jeden… W zasadzie to miniaturowe miasteczko gdzie pochowanych zmarłych jest prawie tyle samo co żywych w tym 60.000 mieście…

                                                                     F…..
                     FI…. 
                                            FIE…
                                   FIES..
                                                             FIEST……
                        
           FIESTA!!!


Słodycze sprzedawane na przycmentarnym stoisku (fot. M. Mendrek)


Prawdziwa integracyjna fiesta relacji żywi - zmarli. Dosłownie. Fiesta przez wielkie F!
Przy wejściu na cmentarz gromadzą się chyba wszyscy handlarze Ventanas – stoiska ze świeczkami (zwykłe białe świeczki w dwóch rozmiarach), kwiatami, watą cukrową, lizakami, lodami, kolczykami, smażonym kurczakiem, bananami, piwem, owocami i czym tylko człowiek potrzebuje lub nie potrzebuje. Z boku w najlepsze rozkręca się zabawa na karuzelach, autkach-dobitkach, diabelskim młynie (jak w Polsce tylko kilkukrotnie mniejsza i taka trochę przedwojenna).
A wszystko w rytmie tutejszych szlagierów.
Trudno nawet wejść na cmentarz – całe rodziny siedzą przy grobach swoich bliskich, rozmawiają, śmieją się, niektórzy płaczą, inni… piją piwo. W zasadzie to większość pije piwo.
Między grobami ustawiona jest profesjonalna konsola z profesjonalnym nagłośnieniem – puszczane są najlepsze hity ostatniego czasu. I żeby nikt nie miał wątpliwości - nie są to pieśni religijne – to byłoby wielkim faux pas – leżą tu przecież wyznawcy przeróżnych religii, związków wyznaniowych, sekt, i czego lub kogo tylko dusza zapragnie.
O 21.00 zabawa jest już przednia, wielu mężczyzn siedzi na grobach pijanych, ale jeszcze w stanie gotowości do zabawy.
Wiele dzieci pracuje w ten dzień sprzedając świeczki. Nasze dzieci z Fundacji też – cała rodzina Espinoza Herrera handluje na cmentarzu świeczkami, kwiatami i owocami, a w dni powszednie owocami, lizakami i wodą mineralną. Te dzieci muszą pracować, bo jest ich w domu kilkanaścioro, nawet 7-letnia Narcisa sprzedaje. Ojciec jest ciężko chory – ma raka, matka za kilka dni ma urodzić kolejne dziecko. Przy bramie spotykamy Ittera, od którego kupujemy kilka opakowań białych świeczek, po $ 0,50 za każdy sześciopak. Zadowolony proponuje spacer po cmentarzu, chce nam pokazać grób matki dwojga naszych podopiecznych. Ta prawie 30-letnia kobieta zmarła kilka dni wcześniej na AIDS. Idziemy za Itterem i kilkoma jego kolegami „od handlu”. Grób nie ma jeszcze wykutej tablicy pamiątkowej, ani nawet inicjałów. Nie ma też kwiatów ani świeczek, nie ma nic. Tam zapalamy kilka światełek – za nas, za dzieci Ingrid i za tych co o niej pamiętają. Potem Itter zaprowadza nas do stoiska swojej rodziny. Dostajemy od jego siostry trzy obrane pomarańcze. Chcemy zapłacić, bo znamy sytuacje rodzinną i finansową państwa Espinoza Herrera. Słyszymy od Ittera: „No!” „Nie?” - pytam. „No, porque todos somos de una Fundación!” – słowami piosenki nagranej przez jednego z naszych podopiecznych zakończył z dumą definitywnie dyskusję: „Nie, bo wszyscy jesteśmy z jednej Fundacji!”
                                                                                     Inés